U każdej z Nas następuje w życiu pewnego rodzaju moment przełomowy. W moim przypadku wypadł on w październiku 2013 roku. Jednak wszystko zaczęło się o wiele wcześniej, więc może od tego powinnam zacząć całe wprowadzenie.
Od zawsze miałam problemy ze swoją wagą, a co za tym idzie, z poczuciem własnej wartości. Przybieranie na wadze, w moim przypadku zaczęło się już w gimnazjum, czyli w okresie dojrzewania. Wiadomym jest, że wtedy w naszym organizmie buszują hormony i sieją istne spustoszenie. Nie wiem czy była to wina moich rodziców, ponieważ nie kontrolowali za bardzo tego, co i kiedy jem, czy moja, ponieważ nie potrafiłam się opanować. Zapewne leży to gdzieś pośrodku. W liceum była już tylko równia pochyła. Kilogramy przybywały, a waga rosła z każdym miesiącem. Od pewnego momentu przestałam kontrolować wagę i jak ognia unikała ważenia. Przyzwyczaiłam się do kupowania coraz, to większych ciuchów i starałam się nie zwracać na to za bardzo uwagi, ponieważ jedzenie było takie "pyszne". Apogeum swojej wagi osiągnęłam będąc już na studiach, a zwłaszcza będąc w pewnym związku, o którym również zamierzam odrobinkę powiedzieć. W roku 2012 osiągnęłam szczytową wagę 118 kg, przy wzroście 178 cm, więc kwalifikowałam się jako osoba pomiędzy otyłością, a otyłością skrajną.
Co się właśnie tyczy wcześniej wspomnianego związku, to właśnie w trakcie jego trwania, najbardziej przytyłam. Między ludźmi jest tak, że przejmują nawyki żywieniowe swoich partnerów. Niestety w moim wypadku było identycznie, tyle tylko, że przyswoiłam sposób odżywiania się mojego ówczesnego chłopaka, które pozostawiało wiele do życzenia. On nie miał z tym większych problemów, ponieważ nie borykał się z otyłością, ani nawet z minimalną nadwagą, dlatego też jadł, to na co miał ochotę, a ja razem z nim.
We wrześniu 2012 roku, zaraz po domówce u mojej koleżanki, z ciekawości się zważyłam. Kiedy waga pokazała 118kg w oczach pojawiły mi się łzy, a w głowie miliony myśli "jak do tego doszło", "przecież nic na to nie wskazywało", "jak mogłam nic nie zauważyć". Oczywiście, ze widziałam, przecież codziennie przechodzimy obok setek luster, ale ja starałam się ignorować problem. Mówiłam sobie "wcale nie jesteś taka gruba", "są grubsi ode mnie", "tabliczka czekolady na dzień, to świetny pomysł". Niestety bywały dni lub całe tygodnie, kiedy dosłownie nie mogłam na siebie patrzeć, płakałam i użalałam się nad sobą, jednak nic z tym faktem nie robiłam. Również zamęczałam tym problemem moich przyjaciół, żaląc się im. Dzielnie to znosili, jednak pewnego dnia, jeden z nich nie wytrzymał i powiedział do mnie "Jeśli tak bardzo nie pasuje Ci, Twoja waga, to jesteś jedyną osobą, która może cokolwiek z tym zrobić". Na początku byłam na niego zła i smutna, "Jak on mógł mi coś takiego powiedzieć?!", ale w tych słowach była cała prawda, jaką musiałam usłyszeć.
Więc zdecydowałam, że pora coś z tym zrobić, ponieważ nie mogę dalej tak żyć i od listopada 2012 roku zaczęłam dietę. Jednak zaraz namnożyło się mnóstwo pytań, "Od czego zacząć?", "jakie produkty kupować?", "ćwiczyć, czy nie?". Dlatego zwróciłam się, do swojej koleżanki, która w ciągu pół roku schudła 35 kg. Okazało się, że udało się to jej, dzięki diecie Doktora Dukana, o której wypowiem się w dalszej części postu. Uznałam, że jest to całkiem dobry pomysł, ponieważ następuje szybka utrata wagi, nie ma większych przeciwwskazań zdrowotnych, wszyscy niesamowicie zachwalają dietę, a jest tak bogata w składniki, że to w ogóle nie będzie dla mnie żaden problem. Cóż... problem pojawił się już w pierwszym tygodniu (Dla osób, które nie znają się, zbytnio na zasadach diety Dukana, mała ściąga- przez pierwsze 7 dni tzw. fazy uderzeniowej, spożywa się wyłącznie produkty białkowe, tj. nabiał, jajka, chude mięso drobiowe, wołowe, ryby. Druga faza to naprzemiennie 1/1, 3/3 lub 5/5 dni, zamiennie jedzenie produktów białkowych z warzywami i trwa tyle ile chce się schudnąć. Trzecia faza to wprowadzenie niektórych produktów z listy stworzonej przez dr Dukana, Czwarta faza obejmuje wprowadzenie m.in. dni królewskich, w których można zjeść co się podoba, a Piąta to faza utrzymania), ponieważ brakowało mi przepisów na jedzenia, a na jajka dosłownie nie mogłam patrzeć. Po tym nieszczęsnym tygodniu nastąpiła Faza 2, z warzywami, które wtedy były istnym zbawieniem i jakoś po dwóch tygodniach wdrążyłam się w takie jedzenie, znajdowałam wiele przepisów na internecie i trwałam w tej diecie do końca grudnia 2012 roku. Przez dwa miesiące udało mi się zrzucić 8 kg, co wtedy było dla mnie ogromnym osiągnięciem, ponieważ nie było to moje pierwsze podejście do odchudzania, a jedyne, które przyniosło jakiekolwiek efekty. Niestety z końcem grudnia przyszły Święta Bożego Narodzenia oraz Sylwester. Jeszcze przez święta jako tako starałam się trzymać dietę, jednak w noc sylwestrową zupełnie sobie pofolgowałam, a przez kolejnych parę dni, zaczynałam jeść normalnie, z czasem doszły słodycze i do diety nie wróciłam wcale, za to przybyło mi 5 kg.
W październiku 2013 roku rozstałam się z chłopakiem. Byłam dość mocno załamana, ponieważ martwiłam się, jak z takim wyglądem sobie kogokolwiek znajdę. Wtedy też zdecydowałam, że dość patrzenia na innych ludzi. Nie miałam zamiaru robić czegokolwiek dla obcych. Chciałam wreszcie zrobić coś dla siebie, schudnąć dla siebie, czuć się ze sobą dobrze i być dumną z tego, że się udało. No i oczywiście odrobinkę dlatego, że gdy ten chłopak zobaczy mnie za jakiś czas, pożałował swojej decyzji.
Tak więc zrobiłam kolejne podejście do diety oraz schudnięcia, ale tym razem na dobre. Znów zaczęłam od diety Dukana, jednak pewnego dnia, po ok. dwóch miesiącach od jej ponownego rozpoczęcia, opowiedziałam o niej mojej babci, emerytowanej pielęgniarce. Okrzyczała mnie, jak gówniarę i w sumie słusznie, ponieważ po dłuższym czasie ta dieta szkodzi. Nie chcę krytykować osiągnięć dr Dukana, ponieważ jego dieta może być zbawienna dla niektórych osób, jednak przyjrzyjmy się z bliska faktom. Dieta ta polega na wyeliminowaniu z jedzenia przede wszystkim cukrów i węglowodanów, a z lekcji biologii pamiętamy, że właśnie nasz mózg odżywia się cukrem! Kiedy się tego dowiedziałam, stało się dla mnie jasne, że nie jest to najlepsza droga. Niezbędnym w diecie, jest wprowadzenie owoców oraz węglowodanów złożonych, takich jak ryz, kasze, pieczywo pelnoziarniste, orzechy. Nasz organizm, do prawidłowego funkcjonowania potrzebuje wszystkiego co zdrowe i jest w stanie dostarczyć nam wiele witamin i minerałów. Dlatego też poszłam za radą babci i wprowadziłam do diety owoce, w których składzie nie było aż tyle cukrów (ponieważ to wciąż były początki i organizm musiał się trochę od niego odzwyczaić) oraz pieczywo typu WASA.
Miesiące leciały, tak jak i kilogramy, w grudniu 2013 roku ważyłam już 104 kg. Nauczyłam się jeść 5 posiłków dziennie, odstawiłam wszystko co smażone i tłuste, a zamieniłam na gotowane, duszone, pieczone i robione na parze. Jedynym plusem, jaki faktycznie wystąpił po dwumiesięcznej diecie dukanowskiej, to znaczne zmniejszenie żołądka, które w dalszych etapach odchudzania, bardzo mi pomogło. Jednak pomimo diety, waga niespodziewanie stanęła. Wiedziałam, że oznacza to tylko jedno... pora zacząć ćwiczyć. Tyle ile moje ciało mogło samo, bazując tylko na diecie, pozbyć się kilogramów, zrobiło to, ale teraz musiałam mu pomóc, a ruch, tak jak u wielu osób z nadwagą, nie był moją ulubioną aktywnością.
Stawiłam czoło własnym ograniczeniom i obawom, decydując się na pójście na siłownię. Na początku zapisałam się do Activ, ponieważ nie trzeba było tam podpisywać żadnej umowy, jedynie kupować karnet z miesiąca na miesiąc, co bardzo mi pasowało. Najbardziej bałam się tego, że ludzie będą się dziwnie na mnie gapić, z wyrazem "o, przyszedł grubas na siłownię", "chyba pomyliła miejsca" etc. Jednak bardzo szybko moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Wręcz dziewczyny okazały się bardzo pomocne, uśmiechnięte i nigdy podczas ćwiczeń, nie spotkałam się z nieuprzejmością lub dyskryminacją z powodu mojej wagi.
Poruszanie się po siłowni było dla mnie nie lada wyzwaniem. To był dla mnie zupełnie inny świat, oderwany od rzeczywistości. Nie znałam się na obsłudze maszyn, nie wiedziałam co na jakie partie ciała ćwiczyć, jak najlepiej spalać tkankę tłuszczową. Jednak z każdym kolejnym dniem, stawało się to dla mnie coraz prostsze. Dużo czytałam w internecie, wypytywałam koleżanek w szatni, czerpałam rady od trenerów na siłowni, oraz instruktorek zajęć fitnessu. Mimo to, należy pamiętać, że trenując samemu, bez wykształcenia sportowego, nigdy nie osiągniemy takich efektów, jak przy współpracy z osobą wykwalifikowaną, jaką jest trener.
Tak więc zaczęłam od mojego największego wroga- bieżni. 10 minut marszem, okazało się dla mnie mordęgą i istnym spacerem Dantego po Piekle. Schodząc z niej, nie wiedziałam jak się nazywam, nie wspominając już o tym, że nie mogłam oddychać. Gdy doszłam do siebie, zaczęłam przyglądać się maszynom, starałam się wybrać to najlepsze i najczęściej używane przez inne kobiety, ponieważ w domyśle, starały się one wyćwiczyć te same partie ciała, które chciałam wytrenować ja. Po ok. tygodniu ustaliłam dla siebie mały plan treningowy, który obejmował 10 minut bieżni, następnie 3 maszyny na ćwiczenia rąk, nóg, dwie na mięśnie brzucha i pleców. Na wszystkich ćwiczyłam 10 powtórzeń po 4 serie, z czasem zwiększając obciążenie i na sam koniec 15 minut rowerku, ponieważ przeczytałam gdzieś, ze trening kardio przynosi największe efekty, na sam koniec treningu siłowego. Dzieje się tak, ponieważ podczas treningu siłowego nakręcamy nasz organizm, a co za tym idzie również metabolizm, i kiedy po ćwiczeniach, następuje jednostajny wysiłek fizyczny, jest wtedy spalanych najwięcej kalorii.
W ramach karnetu miałam również zajęcia fitness, na które się zdecydowałam i dwa razy w tygodniu brałam udział w jodze, która świetnie zdziała na moje wiecznie bolące plecy, oraz pomogła mi rozciągnąć ciało, oraz na ABF, czyli uda, brzuch, pośladki. Było to połączenie zajęć tanecznych z ćwiczeniami. Nauczyło mnie to znosić długotrwały wysiłek fizyczny i zdecydowanie poprawiło moją kondycję, ponieważ zajęcia trwały godzinę zegarową. Dodatkowo starałam się być na siłowni przynajmniej 3-4 razy w tygodniu.
Czas leciał, a z nim moje kilogramy i nowy rok 2014 przywitałam już w dwucyfrową wagą 98 kg. Było to dla mnie niesamowite osiągnięcie, ponieważ nigdy nie doszłam do takiego momentu i byłam z siebie niebotycznie dumna. Dlatego podjęłam się kolejnego wyzwania i zdecydowałam się na rzucenie palenia. Każdy, kto trenuje, wie, że jednoczesne ćwiczenia i palenie papierosów, to beznadziejna kombinacja. Dodatkowym motywatorem dla mnie było, to, że zaczęłam spotykać się z chłopakiem, który nie palił w ogóle. Na dzień dzisiejszy nie wiem, co było dla mnie cięższe, czy odchudzanie, czy rzucanie palenia. Te dwie czynności, były dla mnie ogromnym wyzwaniem, ponieważ wcześniej paliłam paczkę na dwa, trzy dni. Do rzucania palenia, oczywiście już wcześniej robiłam podchody, jednak dopiero tym razem udało mi się to na dobre. I to nie z ograniczania, przechodzenia na e-papierosy itp, tylko po prostu, z dnia na dzień zwyczajnie przestałam. Było ciężko, ale powiedziałam sobie, ze skoro tyle schudłam, to również dam sobie radę z zaprzestaniem kopcenia tych śmierdziuchów. Najbardziej bałam się przyrostu wagi, która często towarzyszy ludziom, którzy odstawiają papierosy, jednak przy jednoczesnym utrzymaniu diety oraz regularnym ćwiczeniom, nic takiego nie miało miejsca, tylko kilogramy wciąż leciały w dół.
Trzymając się swoich postanowień, w maju 2014 roku osiągnęłam już niewyobrażalną dla mnie wtedy wagę 85 kg, ale oczywiście zdarzyło się to, czego się najbardziej obawiałam, waga znowu stanęła. Szukałam wtedy różnych porad, ale nic nie wskazywało na to, żeby kilogramów ubywało. Wtedy zdecydowałam się na zmianę siłowni. Wybrałam taką, do której jestem do dziś dzień i jestem ogromnie z niej zadowolona. To FitnessTeam24 w Szczecinie, mają niesamowitą ofertę, a co więcej, jest się cały czas pod nadzorem trenera, który robi regularne badania i ustala plan treningowy, właśnie dzięki któremu waga znowu ruszyła i ciągle spada.
Obecnie udało mi się osiągnąć wagę 76 kg, co na dzień dzisiejszy daje utraconych 42kg w rok Nigdy nie zapomnę tego szczęścia, które towarzyszyło mi, gdy po raz pierwszy mogłam kupić ciuchy w sieciówce i nie martwić się o to, czy mają mój rozmiar. Przy takiej utracie wagi, musiałam wymieniać garderobę 2 razy. Zaczynałam od rozmiaru 54. Po raz pierwszy zmieniałam ubrania, przy rozmiarze 48/46, oraz obecny, który noszę 40. Nic, nie jest w stanie opisać tego uczucia, które towarzyszy w momencie osiągnięcia takiego celu. Bo to właśnie jest najważniejsze w odchudzaniu. Stawianie sobie realnych celów. Obecnie wiem, że 42 kg w rok, to trochę za dużo w zbyt krótkim czasie, ponieważ powinno się chudnąć od 1kg do 2kg na tydzień, ale tak jak już wcześniej wspominałam, na początku poruszałam się po omacku, czego chcę Wam oszczędzić.
Założyłam ten blog, właśnie po to, aby pomóc takim dziewczynom jak ja, które nie chcą już dłużej być uwięzione w ciele, do którego nie pasują. Będę kolejno opisywać plany treningowe, które miałam na siłowni, co jem obecnie, dodawać wszelkiego rodzaju przepisy, żeby ta wędrówka była dla Was jak najłatwiejsza, ale co najważniejsze wspierać Was, a Wy mnie. Bo wiem, że do utrzymania efektów, będę musiała ćwiczyć i dalej zdrowo się odżywiać, a człowiek ma tendencję do tego, aby wątpić, zbaczać z drogi. Dlatego też chcę, aby ten blog, był dla Was, ale również dla Nas.
Jeśli będziecie miały jakiekolwiek pytania, zostawiajcie je w komentarzach, na wszystkie będę odpowiadać w miarę możliwości, a jeśli problem będzie się powtarzał, będę pisać o tym post.
Chciałabym być dla Was oraz, żebyście Wy były dla mnie, ponieważ tylko razem jesteśmy w stanie osiągnąć cel. Ładując się wzajemnie pozytywną energią, nigdy nie będziemy skazane na porażkę!
A dla większej motywacji, dodaję swoje zdjęcie sprzed roku, oraz obecne, po przejściu od rozmiaru 54 do 40 ;)


Super Kama! Też mam swoje przygody z naprzemiennym chudnięciem i wracaniem do starej wagi. Z chęcią będę czytać co masz do powiedzenia, może się czegoś nauczę, a i na pewno zmotywuję :D.
OdpowiedzUsuńDziekuje Ci bardzo za cieple slowa oraz za pierwszy pamietny komentarz na stronie!^^ bede sie starala codziennie cos naskrobac, podac przykladowe menu na caly dzien albo rozne przepisy, badz porady odnosnie cwiczen;)
UsuńJak dla mnie rewelacja! motywujesz,dowartościowujesz,pokazujesz,że
OdpowiedzUsuńMOŻNA!!! będę trzymać za Ciebie kciuki :)
Dziekuje bardzo! W dazeniu do celu najwazniejsze jest utrzymanie motywacji oraz wsparcie innych:*
UsuńJestem pod wrażeniem :)
OdpowiedzUsuńNo tak trzymaj!!;)
OdpowiedzUsuńJesteś niesamowita! Zainspirowałaś mnie do tego by wziąć się za siebie. U mnie występują dwa problemy : kocham jeść i mam problemy z konsekwentnością. No i jedzenie regularnych posiłków. Przy mojej 8-miesięcznej córci jest to bardzo ciężkie.
OdpowiedzUsuńŚwietna robota! Bardzo ci zazdroszczę. Włożyłaś w to bardzo dużo pracy :)
Moja droga, wszystko jest w zasiegu Twoich rak! Rowniez uwielbialam jesc, to, ze Ty to lubisz to przeciez zadna zbrodnia, nie mozna sobie wszystkiego w zyciu zalowac! Ale nie pozwol na to, aby jedzenie zdominowalo Twoje zycie. To Ty jestes wladczynia swojego ciala i mozesz z nim zrobic co zechcesz, nie pozwol, zeby tabliczka czekolady stanela Ci na drodze, do pokochania siebie;) jeszcze nie jestem mama, ale wiem, ze takie maluchy jak Twoja corcia musza jesc regularnia, wiec moze skorzystaj okazji i jedz razem z nia! A idac na spacer z wozkiem, zaloz wygodny dres, doloz troszke ciezaru do niego i wybierz trase na ktore sa gorki, nie tylko Twoje Malenstwo sie dotleni, ale Ty bedziesz miala za soba godzinke cwiczen dziennie;)
UsuńWitaj, jestem zachwycona i rozniez mnie bardzo zmotywowalas, moja przygoda z odchudzaniem dopiero ma sie zaczac... Przez ten stary,niedobry rok przytylam jakies 30kg i musze sie tego pozbyc! Będę zaglądać tu regularnie, mozesz poradzic jakies cwiczenia, sposoby na schudniecie w domu? Nie mam czasu poki co na silownie,co zrobic jak pracuje 10 h dziennie i to praca siedzaca? Chodzi mi o jedzenie tych 5 posilkow,w domu jestem w stanie zjesc jeden,gora dwa... co dalej? Jakies porady, przepisy? Prosze Cie o pomoc, jestem totalnie nowa w tym temacie
OdpowiedzUsuńPaulino kochana, jak już zdążyłyśmy sobie wiele powiedzieć w prywatnych wiadomościach, dzisiaj specjalnie dla Ciebie i wielu innych moich czytelniczek, opublikowałam plan treningowy w zaciszu domowym. Mam nadzieję, że ćwiczenia nie sprawią Ci wiele trudności i zachęcam do zapoznania się z programem. Wiele przepisów, możesz znaleźć w innych postać, a oszczędnym odchudzaniem zajmę się już w przyszłym tygodniu! ;)
UsuńŚwietna przemiana! :)
OdpowiedzUsuńI kto to mówi! :D
Usuń