Uroczyście oświadczam, że zgrzeszyłam. Która z Nas nie musiała tego do siebie powiedzieć? Trzymamy się dzielnie dzień, dwa, tydzień, miesiąc, a potem zachowujemy się jak uzależnione zombie i pochłaniamy każdą ilość czekolady, tłustego żarcia a lodówka na nowo staje się naszym najlepszym przyjacielem. Problem zaczyna się wtedy, gdy własnemu dziecku wyrywasz cukierka z rąk, wtedy możesz zaczynać się martwić! Ale tak na poważnie, od tego świat się nie skończy, a Ty nie przytyjesz przez noc. Samej zdarzało mi się, ba! Dalej mi się zdarza zjeść coś słodkiego lub zakazanego. Dlaczego? Bo jestem KOBIETĄ! Masz zupełne prawo zjeść ulubionego batonika, kawałek czekolady, wyśmienitego ciasta, lub ukochanej potrawy. Przecież nie będziesz do końca życia żywić się sałatą, bo nie jesteś królikiem. Grunt to nie załamywać się od tego, bo nie tędy droga.
Amerykańscy naukowcy przeprowadzili eksperyment na dwóch grupach szczurów, jedna grupa była okropnie otyła, a druga mieściła się w normie zdrowotnej i wagowej. Przez jeden dzień grube szczuty biegały na kołowrotkach i otrzymywały dietetyczną karmę, a te chude jadły co popadło w ogromnych ilościach. Jaki był tego efekt? ŻADEN! Dlaczego? Bo wpierniczając sałatę i biegając przez jeden dzień nie schudniesz, a od opychania się czekoladą przez 24h- nie przytyjesz. Jaki jest zatem wniosek? Na wszystkie efekty, czy w jedną, czy w drugą stronę potrzeba czasu.
Sytuacja 1. Nawcinałam się bo miałam stresującą sytuację w pracy.
Sytuacja 2. Nawcinałam się bo chłopak za mną zerwał/pokłóciłam się z obecnym.
Sytuacja 3. Nawcinałam się bo przecież przez cały dzień tak dzielnie się trzymałam diety!
Sytuacja 4. Nawcinałam się bo miałam zły humor, a czekolada jest dobra na wszystko.
Sytuacja 5. Nawcinałam się bo nie poszedł mi shopping i nie kupiłam wymarzonej sukienki w rozmiarze XXS.
Sytuacja 6. Nawcinałam się bo była impreza i nie mogłam się oprzeć.
Jakie złe reakcje na bodźce możemy zaobserwować w tych jakże codziennych sytuacjach, które spotykały i na pewno spotykają NAs jeszcze w życiu? Traktowanie jedzenia/słodyczy jako nagrody/środka odstresowującego/poprawiającego humor.
Błagam Cię, ja wiem, Ty wiesz i wszyscy we wsi wiedzą, że jedzenie pomaga na chwilę, szef ma w dupie to czy zjesz cokolwiek czy nie, były się ucieszy, że rośnie Ci dupsko/obecnego za bardzo to nie obejdzie bo i tak Cię kocha, dieta nie zaczyna się o 7.00 a nie kończy o 20.00 z nosem w lodówce, a na bank znajdziesz coś w czym będziesz wyglądać bosko.
Chodzi mi o to, że zjedzenie czegoś słodkiego nie jest złe, fatalne są po prostu nasze motywy, które popychają nas do spożywania tego czy owego. Nie traktuj jedzenie jak nagrody, bo to popycha Cię w ramiona uzależnienia. I ja i Ty jesteśmy uzależnione od jedzenia i to jest fakt. Najważniejsze to umieć żyć z tym nałogiem i podejmować świadome i racjonalne decyzje.
Zjedz batonika., bo masz na niego ochotę, bo można zjeść łakocia 2-3 razy w tygodniu, ale zrób to przed lub po południu (nigdy na noc!) bo do wieczora zdążysz go jeszcze spalić lub idź na siłownię i wycierp deser lodowy, czy kawusię z bitą śmietaną. Nie jesteś robotem, jesteś człowiekiem i masz do tego prawo.
Co możemy sobie zrobić jeszcze gorszego od złego postrzegania łakoci? Oczywiście zadręczanie się tym zaraz po zjedzeniu. Wiadomym jest, że każda z Nas tak choć raz w życiu zrobiła (sama jestem winna!), ale jak już wspominałam nic Ci od tego nie będzie (jeśli zdarzy się to raz na jakiś czas, a nie "raz na jakiś czas" codziennie) i spal to w zdrowy sposób.
Jak zmienić to nastawienie na jedzenie w swojej główce? Moja kochana mordko, siedząca po drugiej stronie monitora i cierpliwie czytająca moje wypociny, wstań, idź do łazienki i spójrz w lustro. Tak, to jest właśnie osoba dla której to robisz. Nie dla chłopaka, mamy, koleżanek, mody etc. etc. Zrozum, że Ty jesteś osobą za którą warto podjąć tą walkę! To ile osiągniesz zależy tylko i wyłącznie od Ciebie, a jak ktoś Ci mówi, że nie dasz rady to odpowiedz mu "no to patrz". Chodzi o to, żebyś wreszcie zadbała o swoje szczęście. Mój związek z samą sobą trwa już 24 lata, a mimo to w trakcie zapomniałam o sobie,czego efektem było 30 dodatkowych kilogramów, a końcowo 50 kg nadwagi. Dlatego mówię Ci teraz szczerze, nie masz prawa zapominać o sobie. Kochaj dzieci, kochaj męża, kochaj rodziców i przyjaciół, ale największą miłością obdarz w końcu siebie. Bo nie, nie ma w tym odbiciu grubego nieudacznika, który odchudzał się już milion razy i nic z tego nie wyszło. Na mój gust stoi tam piękna kobieta, która zapomniała o tym,. jaka jest silna!
A jeśli chodzi o mężczyzn, są ich cztery typy:
*taki który będąc w stanie zakochania, nawet nie zauważy Twojego wylewającego się tyłka, bo uwielbia każdą fałdkę, a dla niego i tak jesteś Boginią we wszystkim, a najlepiej bez niczego
*taki który nie zauważy Twojego tyłka zza telewizora
*taki który powie Ci, że jesteś gruba nawet jak ważysz 40 kg i ciuchy kupujesz na dziale dziecięcym (od razu go zostaw, bo on nadto kocha siebie i opinię swoich kolegów)
*taki, który kocha Cię za bardzo i nie chce Cię ranić mówiąc Ci, że masz kilka kilogramów za dużo
*oraz taki, który zawsze powie Ci prawdę (przyjaciel-na ogół gej)
Tak czy inaczej, mężczyzna nie powinien być Twoim decydentem, może Cię popchnąć do działania, ale nie rób tego dla niego, zrób to po to, abyś w reszcie spojrzała na siebie w ten sam sposób, w jaki on, z uwielbieniem wpatruje się w Ciebie każdego dnia.
Tak więc moje ślicznotki, morał z tego jest taki, że każdy się podtyka, najważniejsze to zrozumieć, że czekolada to nie święty graal, a chudnąć warto tylko dla siebie! Bądźcie szczęśliwe ze sobą, bawcie się nowym stylem życia, zakochajcie się w sobie i oddajcie tę miłość światu.
P.S. Apropo miłości-> nie zapomnijcie o odbyciu wieczornego kardio ze swym ogłupiałym z miłości mężczyzną! Jemu też się coś należy przy tym odchudzaniu!
Buziaki moje Ślicznotki :*